Pierwsze kroki w 9stóp

Pierwszy turniej bilardowy przeze mnie zorganizowany od paru lat w klubie 9stóp to było coś. Wszedłem tam pierwszy raz, bodajże, w 2016 roku. Klub był pełen podchmielonych. Zapytałem się o ofertę karnetową na starcie i barmanka, bardzo charyzmatyczna barmanka, przedstawiła mi ów ofertę. Nie wykupiłem karnetu od razu. Najsampierw wykupiłem godzinę albo dwie – nie pamiętam już i zacząłem sobie przypominać tę prehistoryczną grę z zamierzchłych czasów, kiedy byłem gówniarzem.

Ludzie się gapili jak na psychola. Niektórzy z nich już nawet pokątnie wypisywali odpowiednie recepty od najróżniejszych lekarzy specjalistów. Jak zwykle na ich twarzach widniał ten debilny uśmieszek. Rzecz normalna w tamtym klubie, bo z biegiem czasu zauważyłem, że do tego klubu przychodzą ludzie z problemami.

Cóż, to by znaczyło, że ja też je miałem, ale ten, kto ich nie ma, to i tak już leży na cmentarzu. Według mnie, człowiek bez zmartwień to nie człowiek.

Zawsze lubiłem mieć problemy wszelakiego rodzaju, bo to uczyło życia i nic się w tym zakresie nie zmieniło.

Pamiętam jak podszedł do stołu, przy którym grałem, taki jeden gościu. Był łysy i dobrze zbudowany. Zauważyłem, że ma swój kij. Zainteresował się moją grą. Zauważył jak wbijam bilę przy bandzie, a przy łuzie stała inna bila nieopodal bandy, po której szła bila wbijana. Wbijając nie zahaczyłem jej i ów wpadła tak jak chciałem. Wówczas grałem jeszcze w bilarda kijem snookerowym, który został mi z dziecięcych lat. Nie był to najlepszej klasy kij. Powiedziałbym, że taki przeciętny. Dzieciaka nie stać na kij snookerowy z prawdziwego zdarzenia za 500 – 10 000zł. Chyba, że ma dzianych starych, którzy by mu kupili w akcie rozpieszczenia bachora. Na szczęście, mam normalnych rodziców, którzy zawsze chcieli mnie czegoś nauczyć, ale takim sposobem, żebym sam musiał się czegoś domyślić, dowiedzieć.

Dziś wiem, że tym gościem był Bartek, pseudo „Starołena”. Jeden z lepszych graczy, którzy przychodzą do tamtego klubu. Jego gra była nastawiona tak bardzo na precyzję, wręcz chorobliwą precyzję, że patrzyłem i nie mogłem uwierzyć. Widać było pewność siebie przy wbijaniu, ale także pewnego rodzaju nieumiejętność radzenia sobie z emocjami. Dało mi to do myślenia trochę i po grze z nim zrozumiałem to, że żeby z nim wygrać, to jedyne, co muszę zrobić, to uspokoić się, wyluzować i skupić się na wbijaniu, a przy okazji zadbać o prowadzenie białej. Zawsze jak go widzę, to jest on dla mnie takim symbolem oznajmującym – Ej, Arek, wyluzuj się. Skup się. Masz szansę wygrać, pomimo, że jest lepszy od ciebie pod względem techniki gry.

Pojedynki z nim były bardzo wymagające dla mnie. On zmuszał mnie do gry precyzyjnej i bezpiecznej, bo w przeciwnym razie on wbijał wszystko. Dużo przyjemności mi sprawiała gra z nim, bo niedość, że widziałem na jego twarzy pewnego rodzaju niezadowolenie z jego uderzeń, to jeszcze próbował się pokracznie z nich tłumaczyć, co zawsze mnie wyprowadzało z równowagi i zawsze mówiłem sobie w myślach – A niech se pierdoli.

Z biegiem czasu grałem swoje. On się zaczął mniej wkurzać, bo zamieniliśmy parę słów na temat emocji przy grze w bilard i on sam mi to powiedział, że wygrywam, bo wykorzystuję to, że on się denerwuje. Zresztą, ja też miałem takie epizody, że się denerwowałem niepotrzebnie i słusznie przegrywałem. Wystarczy choć krzta negatywnych emocji, sytuacji i już to ma wpływ na nasze życie, nietylko przy stole.

Dlatego jest to jedna z niewielu pozytywnych osób, które spotkałem w tamtym klubie. Taki pozytywny bohater dla mnie, bo taki zwyczajny i rzadko spotykany.